Menu

dzieje ściborowe

...

zalewAnie

scibor1

Wiosna przyniosła różnorodność zalewania. Najmłodsza na przykład zalała się katarem, który pojechaliśmy wczoraj wymoczyć na basenie. Moczenie to zaowocowało zielonym glutem, który na szczęście okazał się być jedynie galaretką z bufetu. Choć jak sobie przypomnę, jak się robi jogurt truskawkowy, to nie jestem tak do końca pewien.

Wczoraj również badałem możliwość przepłynięcia traktorem przez podwórko. Da się - jeszcze. Listonosz wieczorem stwierdził, że każdy tak ma. Ja co prawda się z tym pogodziłem, ale jak widać niektórzy domownicy potrzebują więcej czasu i wisi nade mną hasło: trzeba coś z tym zrobić. Heh, bywając w fejsowej Bobrowni zahaczyłem o grupę "Z mniasta do wsi" i widzę tam podobne biadolenie: a to ktoś musi gminną drogą dopłynąć do domu i płacze, że wójt ma wyjebane, a to komuś bobry z dzikami zrobiły z łąki jesień średniowiecza i lży RDOŚ z myśliwymi na przemian, że mordu nie czynią, a ktoś jeszcze coś. Wszyscy zgodnie zadają jedno pytanie: co z tym zrobić? No mnie się ciśnie tylko jedna rada: wracajcie ze wsi do mniasta, tam jest sucho, łatwo i bogato.

Podczas gdy ja wpływałem traktorem do suchego doku, Najstarszy udał się do podziemi w celu utoczenia ziemniaków. Zakrzyknął przeraźliwie, sugerując paniką zawalenie się stropu, a tymczasem okazało się, że to tylko woda. W dodatku zimna i do kostek. Pierwszy raz takie coś nas spotkało, a przynajmniej pierwszy raz to odnotowaliśmy. Podziemia trzeba było ewakuować z tego co się dało:

IMG_20170227_100235

Ziemniaki są na szczęście na paletach, więc na razie bezpieczne. Na razie. Z rzeczonymi udaliśmy się przez miasto na drugi koniec wsi - bo jakoś ciągle się gdzieś człowiek śpieszy i nie chce ryzykować ugrzęźnięcia na wewnątrzwiejskiej, więc zamiast dwóch robimy jakieś siedem kilometrów w jedną stronę. Tamój w słynnej na całym świecie Pracowni pod bocianem, zalew Maryjek krystowierczych wzbudził zainteresowanie samego Welesa:

IMG_20170227_103016

I nic dziwnego, wszak ma potrzeby jak każdy chłop;) Weles trafił do mnie, przyobiecałem mu jeszcze żonę w osobie Mokoszy i będą stanowić równowagę dla rozstawionych po chałupie symboli krystowierczych.

A dziś w planie ODR i dentysta, o ile uda się wypłynąć z gumna.

ustalanie macierzyństwa

scibor1

Tak. O ile termin "ustalanie ojcostwa" jest dość powszechny, to ustalanie matectwa czy jak tam zwać tożsamość matki jest rzeczą stosunkowo nową. Ale po kolei.

Sprawę do Dziadka miałem. Jak zacząłem mu bredzić przez telefon o zbieżności stożka Morse'a i odwrotnej tulei Tapera, to doszedł do wniosku, że lepiej będzie przyjechać i zobaczyć na własne oczy. No i wczoraj Dziadki przyjechały. Jako, że na wizytę w garażu było już późno, spędziliśmy wieczór na święcie Kozy:

IMG_20170225_195348

Nastał dzień następny;) Poranny obrządek wyhamowałem w koziarni. No bo tak: są dwa jagniaki, duża dziewczynka i mały chłopak. Jedna matka jakby wciąż rodząca. Pozostałe dwie nie wyglądają na świeżo po porodzie. Jedna z nich ma na wszystko wybeczane, druga jakby zainteresowana obojgiem młodych. Rodząca zainteresowana wyłącznie żarciem. Ustaliłem, że chłopak na pewno jest rodzącej. A dziewczyna? Albo rodzącej, czemu przeczy jej wielkość i suchość, albo zainteresowanej, czemu przeczy wygląd domniemanej matki. Postanowiłem przeczekać problem i poszliśmy z Dziadkiem do garażu.

Kolejna wizyta w koziarni to plus dodatkowy chłopak, urodzony niewątpliwie przez rodzącą. Ustaliłem fakty, że obaj chłopcy są rodzącej, a dziewczynka musi być zainteresowanej, przy czym zainteresowana wykazuje nieowczą wręcz tolerancję cudzego potomstwa. Zasiarowałem całą trójkę i poszedłem po jajka.

Ustalanie matectwa w przypadku jajek uważam za bezsensowne. Pozostaje mi się jedynie domyślać, że jajka w kolorze, powiedzmy "zielonym", pochodzą od naszych półzielononóżek:

IMG_20170226_111640

Wiem, że niewiele widać, musicie mi uwierzyć na słowo, że dwa z powyższych są zielonkawe. No chyba, że to smocze jaja i wtedy to będą jaja... z ustaleniem matki. I wyjaśnieniem jej, że to było nieporozumienie...

bobrowe rzemiosło

scibor1

 Przed śniadaniem poszedłem z jabłkami do koniowatych. Z różnych powodów na piechotę. A skoro już tam doszedłem, no to jeszcze do bobrów, w sprawie świeczników. Ano wystrugały coś nowego:

IMG_20170225_080457

 Przy okazji zajrzałem do sąsiada, co tam słychać. Świeży, nocny śnieg zdradził obecność grasantów:

IMG_20170225_081711

 Trop szedł przez pole do kolejnego zagajnika i kończył się taką oto dziurą:

IMG_20170225_081905

 Dalej nie wnikałem, żeby niepotrzebnie rzemieślników nie płoszyć. Zebrałem urobek w jedno miejsce, potem wróciłem Młotkiem żeby zabrać. Część była prosto z wody, to to trzeba wysuszyć. Najlepiej suszy się kotami:

IMG_20170225_102428

Wyjdzie z tego z dziesięć świeczników, chyba, że Gospodyni zarządzi inaczej. Ważne, że rzemieślnicy się nie obijają. Wziąłem z nich przykład i do południa odwaliłem kawał roboty. Teraz kawa, a później się zobaczy. Podobno dziś robimy "ostatki", bo Babcia z Dziadkiem przyjadą no i nie wypada być na diecie;P

twardziele

scibor1

 Widziałem tych twardzieli już kilka dni wcześniej, ale zawsze w biegu zapominałem zrobić zdjęcie:

IMG_20170223_070424

 Zresztą - parę razy w łeb ostatnio dostałem, to i pamięć mi może wysiąść. Niemniej jednak: witamy, Pani Wiosno:)

Wczorajsze święto obżarstwa też obchodziliśmy. Nawet dyspensę od Gospodyni na mjut dostałem:)

IMG_20170223_122223

Wprowadziłem do zaskoczonego organizmu sporo cukru pod różną postacią, a on taki odzwyczajony nie mógł się odnaleźć w tej krainie pozornego szczęścia. Ale od dziś wracamy do standardów dietetycznych, jeden dzień nas nie złamie. Bo twardym trza być...

impakt

scibor1

Jako się rzekło, niedziela. Czyli tłumacząc na polski: nie działać, nie robić, nie pracować. Ale nie, wszak nie będę siedział w domu. Najpierw piec, coby w domu ciepło było. Oczywistość. Potem zwierzaki, też oczywistość. Psy, koty. Owce, najpierw owies. Kury, dzikie ptactwo. Cyka gdzieś prąd, trzeba sprawdzić i naprawić. Sprawdzam i naprawiam. Przegląd krowiszonów, kiedy to rodzić będą. Kiedyś będą, bo grube jak nie wiem co. I mimo takiej sobie paszy na zagłodzone nie wyglądają. Dobra, dokończę owce, zjem śniadanie i natnę im ziemniaków ze śrutą. Idę kończyć owce. Trzeba rozparcelować nowego balota, przedwczoraj załadowanego do koziarni. Niefartownie nie chciało mi się wtedy rozciąć sznurków, trzeba to zrobić teraz. Z korytarza nie sięgnę, wchodzę więc do baranków i rozcinam z boku. Dobra, wychodzimy. JEB!!! Padam na kolana, łapię się za głowę i wyję z bólu. Wraca jasność myślenia, przyjebałem w belkę sufitową. Płacząc z bólu rozbieram tego balota, minimalnie, żeby wszystkim po trochu, nie mam więcej siły. Wrócę po śniadaniu. Wychodzę z koziarni, poprawiam czapkę, dziwnie się ślizga. Wkładam pod nią rękę, lepko i ciepło. Wyciągam, zakrwawiona. Wycieram w śnieg, jakimś cudem docieram do łazienki. Widok w lustrze powoduje odruchowy żal, że nie mam przy sobie telefonu, żeby go uwiecznić - cała twarz zakrwawiona. Ściągam czapkę, jakoś się myję żeby zobaczyć, jakaż to dziura w głowie powstała. Psińco widać, bo siura dalej. Zatykam mokrym ręcznikiem, osuwam się pod wannę i czekam. I czekam. I czekam zmieniając okład. Na szczęście przestaje lecieć. Ale jakoś marnie się czuję. Wołam Aś, ustalamy fakty. Aś dzwoni po karetkę. Czekamy, ja niezmiennie pod wanną z ręcznikiem na głowie. Przyjechało pogotowie. Panowie ratownicy ustalili fakty i zasugerowali wizytę w szpitalu. W sumie - dawno nie byłem, nie zaszkodzi. Jedziemy. Jak mi podłączali kroplówkę to pomyślałem o pavulonie, ale darowałem sobie komentarz.

W szpitalu, zgodnie z przewidywaniami, miałem z górki. Przyjęcie, wstępne badanie, czekamy. Już po pół godzinie przychodzi pielęgniarz i jedziemy na TK. Po drodze pozwolił mi się wysikać (uffff) i wręczył kartę choroby. Zauważam, że to nie moja, tylko jakiejś Teresy. Śmiertelnie poważnie odpowiada, że wrócę jako Teresa. Acha. Jak widać od mojej ostatniej wizyty w bartoszyckim szpitalu poziom humoru się nie zmienił;) Zjeżdżamy do podziemi, korytarz obity płytą OSB, zimno jak w psiarni. "Tutaj mnie kropną" myślę. Ale nie ma lekko. Trafiam na TK - tymczasowo przeniesionego do piwnicy ze względu na remont właściwego pomieszczenia. Sprawdzają, czy mam mózg. Potem jeszcze, czy aby na pewno we właściwym miejscu. Chyba jest, ale obecność tego narządu musi potwierdzić specjalista, na którego opis trochę poczekam i wtedy będzie wiadomo, co dalej. Wracamy na SOR, ląduję na łóżku i odpływam. Co jakiś czas mam przebłyski świadomości, przysłuchuję się dolegliwościom współpacjentów.

Kilka godzin później. Pojawia się rodzinka. Ustalamy moje samopoczucie i stwierdzamy brak telefonu. Pominę szczegóły, udaje się ustalić, że został w karetce. W międzyczasie dociera opis zawartości mojej (w gruncie rzeczy) nieuszkodzonej czaszki. Mogę wracać do domu, skończyło się na guzie i konieczności wyprania zakrwawionej czapki. Wracam jako pasażer z tyłu, kontemplując przesuwający się krajobraz i wspominając dawne szkolne historie, ubarwiające lekcje anatomii: "O jeden most Varola za daleko" i "Wodociągiem Sylwiusza bliżej". Po drodze odbieramy z karetki mój telefon. Wszyscy twierdzą, że to moja robota, no ale raz, że jak ktoś dostał w łeb to nie musi kontaktować, dwa, że można mu wszystko wmówić. Później się tym zajmę.

W domu dwie dobre wiadomości - przyjechała Babcia K i leci w TV John Carter. Niedziela zatem trwa...

"Jeszcze nie zginąłem!" - John Carter.

© dzieje ściborowe
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci