Menu

dzieje ściborowe

...

podkop

scibor1

 Zgodnie z teorią pana inspektora z RDOŚu, Koński Jar wycinają młode bobry która opuściły rodzinne żeremie po drugiej stronie drogi. Najwyraźniej tęskno im do mamy, bo postanowiły skrócić sobie drogę do domu rodzinnego. Po co przełazić górą, gdzie jest niebezpiecznie (no bo 2-3 samochody dziennie to jakieś ryzyko jest). Można zrobić podkop. A nawet trzeba, skoro przepust melioracyjny się zapchało tytułem tworzenia Jeziora Będziego. Trzeba do tego użyć wody i czasu, bo zębów szkoda. No i sruuuu...

IMG_20161206_0813561

Strop nie wytrzymał, widać słabo podstemplowany. To może przejść do planu B i zrobić kanał?

Kanał, to będzie miał ten, kto w to wjedzie...

IMG_20161206_081408

 Urwane koło to jedno, a dochodzenie odszkodowania od gminy to drugie. Mnie to by pasowało jakby gmina w ramach oszczędności tą drogę po prostu zamknęła. Zwierzakom pewnie też, bo rowy przy drodze to źródło cennej paszy, tym cenniejszej, że za ogrodzeniem, a tam jak wiadomo, zawsze smaczniej i zieleniej;)

 

kuovi

scibor1

 To taki ptak wielkości kury, z długim, zagiętym w dół dziobem, równie niechętnie ustępujący z drogi jak hirvi. I występujący masowo, przez co przedzieranie się przez leśne drogi w Suomi staję się irytujące. Bo wczoraj taki trochę fiński klimat był...;) Z bollywoodzką pogodą;)

Po porannym obrządku i zabawach Władkiem z balotami w śnieżnym błocie, lenistwo mnie dopadło i miast iść do koniowatych pojechaliśmy. Kuovi... kulikiem... kulig znaczy się zrobiliśmy. Pogoda, jak wspomniałem, w typie "czasem słońce czasem śnieg". W sumie na rodzinne cioranie się wsamraśna. No ale po kolei. Najpierw koniom buzi....

IMG_20161203_124711

 Znaczy się do buzi. Jabłka. Bo to się taki rytuał stworzył. Potem do bobrów. Tutaj bez zmian. No to powrót na gumno, gdzie Najmłodsza trochę poodśnieżała:

IMG_20161203_125549

 Jak już zakończyliśmy "obowiązki", to poszliśmy do domu na coś gorącego i słodkiego. I taki niepokój mnie ogarnął gdy spojrzałem na karmnik - niby na zdjęciu udało się uchwycić jedną bogatkę, ale...

IMG_20161203_140013... na czas zdjęcia pozostałe miliony uciekają z kadru. Chyba po to, żeby mi nikt nie uwierzył, ile ich jest. Chmara sikorek, bandy wróbli, sójek, srok, po kolorach patrząc to chyba nawet jakieś kanarki się zlatują. No i niepokoję się, czy to nie będzie jak z kotami po drugiej stronie domu: otwierasz drzwi i rozgarniasz czarno-szaro-buro-białą gawiedź kopniakami, żeby wyjść na zewnątrz. Czy po tej stronie czeka mnie przedzieranie się przez gęste od "ptastwa rozmaitego" powietrze?

pampasowiec

scibor1

 Kiedyś to się pamiętniki czy listy pisało ręcznie. Ciekawe, czy ktoś jeszcze pamięta, jak to się robi. Moje pokolenie pewnie jest jednym z ostatnich, dla których to była normalność, wyparta przez technoewolucję. Tak mnie ostatnio naszło, gdy patrzyłem na szkolników próbujących utrzymać pisadło w ręku. Boszzz, jakie [ciach - w tym miejscu blox raczył przestać zapisywać moje przemyślenia, w [ciach - w tym miejscu blox zrobił to po raz drugi, więc widocznie tego tu ma nie być].

O, przedwczoraj na nocy kabaretowej byliśmy:

IMG_20161126_190305

Dowiedziałem się między innymi, że wilk grzywiasty jest owocem krzyżówki lisa z jeleniem;)

Więcej pisać mi się nie chce, bo to jest trzecie podejście do tego samego wpisu, a opór wirtualny zniechęca. Idę pobrodzić w śnieżnym błocie.

Jak Trurl i Klapaucjusz

scibor1

Chodzi za mną karmnik. Dla krów taki, żeby balota nie deptały i w niego nie sra... kupy nie robiły. Spore to wyzwanie, bo żelastwo na gumnie jest, ale każde innego rodzaju, więc jakby to połączyć, to demon jakiś wyjdzie. Z wyglądu, bo działać to pewnie będzie. Przymierzam się do tego ze dwa sezony, ale czuję niemą presję otoczenia. Czasami mniej niemą...

Trzeba zatem przed przystąpieniem do prac właściwych nieco potrenować. Na czymś małym i prostym. O, karmnik dla ptaków na przykład. Niby rzecz niewielka i można pozbijać na kolanie. No tak, ale zimno i mokro, to kolano trzeba zanieść do traktorowni. Ale tam ciemno jak w... traktorowni. Mam w garażu halogen taki przenośny, w częściach. Trzeba poskładać. Poskładałem. No abla. Żarnik zapewne padnięty. Gdzieś widziałem. W pubie. Żesz kardan, w samym rogu. Dostać się tam nie sposób. Trzeba najpierw dukt jakowyś do tego rogu stworzyć. Tworzę, bo tu już trzeci dzień mija jak się za ten karmnik wziąłem. Ufff, mam żarnik. Zakładam, o dziwo działa. Zanoszę toto do traktorowni i odpalam. Kurde, jaki tu burdl, ruszyć się nie można. Trzeba coś z tym zrobić. Przez następne dwa dni robię to coś. Oświetlam halogenem nową rzeczywistość i już wiem, że przy tym świetle to ja sobie nie porobię. Za nisko, wali po oczach. Hmmm, a może by tak... takie normalne światło tu zrobić? Ważna rzecz, nie można tak bez przygotowania, zrobię najpierw w stodole. Robię, kurde, jak fajnie wyszło: wchodzisz, pstryk (oficjalnie to nadal dwa druty, żeby nie było, że prowizorkę odpuściłem;)) i jasno. Pstryk - i ciemno. No to następnego dnia traktorownia. Tu było trudniej, bo jeszcze mnie naszło na ciągnięcie druta za stodołę i zrobienie zewnętrznego gniazdka. Już dobrze ciemno na gumnie, można testować. Pstryk - i jasno. Przydałoby się jeszcze jedno źródło światła z drugiej strony, ale przekładam to na później. Bo skoro mam już światło w traktorowni i stodole, to dlaczegóżby nie w koziarni? No właśnie - więc robię. Pstryk- i krzyk. Niedowierzania. Przez kurwiszony wydany, bo jak to, one już spać się ułożyły, a tu czas żeru i jajec tak szybko? Owce stwierdziły, że mają na to wyrąbane.

Mam światło, mam prąd. Ustawiam małą krajzegę, zaczynam tworzyć małego demona. Wyszedł zgodnie z przewidywaniami. Demonicznie koślawy. Za domem światła jeszcze nie mam, więc pod litościwą zasłoną zmierzchu montuję ustrojstwo.

Dzień następny, nie liczę który...

IMG_20161124_104924

Miejsce jest wybrane egoistycznie, by widokiem żerującego "ptastwa" karmić swe poczucie zajebistości. Ale gdzieś tam też zakwitło postanowienie, że w miejscu żeru obowiązuje rozejm w relacjach człowiek/ptaki, więc i sroki mogą czuć się tutaj bezpieczne. A niech tam, powalczymy wiosną.

Karmnik powstał w myśl mojej złotej dewizy: nie musi wyglądać, ma działać. Z czasem (dni? tygodnie? lata?) zostanie zastąpiony wersją bardziej dla oka przyjemną, a protoplasta skończy albo w miejscu mniej widocznym, albo w piecu.

Wizja karmnika dla krowiszonów dojrzewa. Tylko jak one do niego się wdrapią?

suszenie

scibor1

Mam jakieś tam zwyczaje żywieniowe. W stylu "raz dziennie zjeść coś na gorąco..." itd. Generalnie to moje żywienie mogłoby się kręcić wokół 2-3 potraw i byłoby ok. No ale nie da się. Rozmaitość ofert otaczającego mnie świata zmusza do urozmaicania posiłków. Ale mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że pewne rzeczy lubię bardziej, a inne mniej. O, na przykład taki śledzik. Niekwestionowany zwycięzca we wszystkich kategoriach: na najbardziej nielubiane danie, na najbardziej nielubianą rybę, na najgorszą zakąskę do wódki itd. I to wszystko pomimo tego, że to ponoć tradycyjna polska, a może i słowiańska(?) potrawa. Natomiast jeśli chodzi o konsumpcję "po drodze" lub "przy okazji" to na topie jest KFC. I to mimo amerykańskich korzeni i mojej ambicji faforyzowania kuchni słowiańskiej. Lubię i już. Z dań "domowych" nieco zakurzonym pucharem jest zestaw obiadowy rosół z makaronem+kurczak smażony/ziemniaki/ogórek kiszony. To pozostałość z dzieciństwa która nadal zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce we wszystkich kategoriach. Przy czym mówimy tu o piersi z kurczaka, a nie o reszcie dla psów. Ostatnio pojawił się zestaw do badania jakości żarcia knajpianego, w postaci schabowy z frytkami. Tak, wiem, frytki amerykańskie i niesłowiańskie, ale lubię i ze względów ideologicznych odmawiać sobie nie będę. W domu też to chętnie spożyję, ale głównie testuję tym knajpy. Mógłbym jeszcze powymyślać, ale przejdźmy do bohatera dzisiejszego wpisu, a wczorajszego stołu. A właściwie samuraja:

IMG_20161123_141508

Suszi. Znaczy się surowa lub wędzona ryba, w towarzystwie ogórka/papryki/awokado/sera, dopełniona do masy spożywczej ryżem i obtoczona w jakimś wodnym zielsku. Nie lubię, nie smakuje mi, jest obce mojej kulturze (co nie znaczy że bliskie mojemu chamstwu). Spożycie ratuje jakiś słony sos sojowy (to też już ideologiczny kryminał, a dobre;)), w niczym nie pomaga ani na szczęście nie przeszkadza ten zielony ostry chrzan (zapomniałem jak się nazywa, fajnie, że ostry, bo lubię, paskudnie, że chrzan, bo tego nie lubię). Do tego jakieś wynalazki typu bambus czy imbir (ten to jest dobry, ale do piwa lub herbaty). No i co? No i nic. Ja po prostu nie kumam tego dania, a już w ogóle nie rozumiem całego europejskiego zachwytu i traktowania suszi jako dania elitarnego. To, że Azjaci zrobili z tego sztukę to jest akurat mało ważne, bo oni potrafią zrobić sztukę ze wszystkiego.

Ale to, że tego nie rozumiem, nie znaczy, że będę żałował innym. A nawet posunę się do pomocy w zwijaniu. Powyżej moje pierwsze osobiście skręcone suszi na wczorajszy "obiad". Mam nadzieję, że smakowało:)

Konkluzja jest taka: mimo kulturowych ciągot słowiańskich nie widzę powodu żeby zamykać się na obce smaki. Po spróbowaniu zarówno dań swoich jak i cudzych, wybrać to co się lubi i tego się trzymać, niezależnie od pochodzenia.

Właśnie odkryłem Amerykę i wynalazłem proch. Po raz kolejny...

© dzieje ściborowe
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci