Menu

dzieje ściborowe

...

impakt

scibor1

Jako się rzekło, niedziela. Czyli tłumacząc na polski: nie działać, nie robić, nie pracować. Ale nie, wszak nie będę siedział w domu. Najpierw piec, coby w domu ciepło było. Oczywistość. Potem zwierzaki, też oczywistość. Psy, koty. Owce, najpierw owies. Kury, dzikie ptactwo. Cyka gdzieś prąd, trzeba sprawdzić i naprawić. Sprawdzam i naprawiam. Przegląd krowiszonów, kiedy to rodzić będą. Kiedyś będą, bo grube jak nie wiem co. I mimo takiej sobie paszy na zagłodzone nie wyglądają. Dobra, dokończę owce, zjem śniadanie i natnę im ziemniaków ze śrutą. Idę kończyć owce. Trzeba rozparcelować nowego balota, przedwczoraj załadowanego do koziarni. Niefartownie nie chciało mi się wtedy rozciąć sznurków, trzeba to zrobić teraz. Z korytarza nie sięgnę, wchodzę więc do baranków i rozcinam z boku. Dobra, wychodzimy. JEB!!! Padam na kolana, łapię się za głowę i wyję z bólu. Wraca jasność myślenia, przyjebałem w belkę sufitową. Płacząc z bólu rozbieram tego balota, minimalnie, żeby wszystkim po trochu, nie mam więcej siły. Wrócę po śniadaniu. Wychodzę z koziarni, poprawiam czapkę, dziwnie się ślizga. Wkładam pod nią rękę, lepko i ciepło. Wyciągam, zakrwawiona. Wycieram w śnieg, jakimś cudem docieram do łazienki. Widok w lustrze powoduje odruchowy żal, że nie mam przy sobie telefonu, żeby go uwiecznić - cała twarz zakrwawiona. Ściągam czapkę, jakoś się myję żeby zobaczyć, jakaż to dziura w głowie powstała. Psińco widać, bo siura dalej. Zatykam mokrym ręcznikiem, osuwam się pod wannę i czekam. I czekam. I czekam zmieniając okład. Na szczęście przestaje lecieć. Ale jakoś marnie się czuję. Wołam Aś, ustalamy fakty. Aś dzwoni po karetkę. Czekamy, ja niezmiennie pod wanną z ręcznikiem na głowie. Przyjechało pogotowie. Panowie ratownicy ustalili fakty i zasugerowali wizytę w szpitalu. W sumie - dawno nie byłem, nie zaszkodzi. Jedziemy. Jak mi podłączali kroplówkę to pomyślałem o pavulonie, ale darowałem sobie komentarz.

W szpitalu, zgodnie z przewidywaniami, miałem z górki. Przyjęcie, wstępne badanie, czekamy. Już po pół godzinie przychodzi pielęgniarz i jedziemy na TK. Po drodze pozwolił mi się wysikać (uffff) i wręczył kartę choroby. Zauważam, że to nie moja, tylko jakiejś Teresy. Śmiertelnie poważnie odpowiada, że wrócę jako Teresa. Acha. Jak widać od mojej ostatniej wizyty w bartoszyckim szpitalu poziom humoru się nie zmienił;) Zjeżdżamy do podziemi, korytarz obity płytą OSB, zimno jak w psiarni. "Tutaj mnie kropną" myślę. Ale nie ma lekko. Trafiam na TK - tymczasowo przeniesionego do piwnicy ze względu na remont właściwego pomieszczenia. Sprawdzają, czy mam mózg. Potem jeszcze, czy aby na pewno we właściwym miejscu. Chyba jest, ale obecność tego narządu musi potwierdzić specjalista, na którego opis trochę poczekam i wtedy będzie wiadomo, co dalej. Wracamy na SOR, ląduję na łóżku i odpływam. Co jakiś czas mam przebłyski świadomości, przysłuchuję się dolegliwościom współpacjentów.

Kilka godzin później. Pojawia się rodzinka. Ustalamy moje samopoczucie i stwierdzamy brak telefonu. Pominę szczegóły, udaje się ustalić, że został w karetce. W międzyczasie dociera opis zawartości mojej (w gruncie rzeczy) nieuszkodzonej czaszki. Mogę wracać do domu, skończyło się na guzie i konieczności wyprania zakrwawionej czapki. Wracam jako pasażer z tyłu, kontemplując przesuwający się krajobraz i wspominając dawne szkolne historie, ubarwiające lekcje anatomii: "O jeden most Varola za daleko" i "Wodociągiem Sylwiusza bliżej". Po drodze odbieramy z karetki mój telefon. Wszyscy twierdzą, że to moja robota, no ale raz, że jak ktoś dostał w łeb to nie musi kontaktować, dwa, że można mu wszystko wmówić. Później się tym zajmę.

W domu dwie dobre wiadomości - przyjechała Babcia K i leci w TV John Carter. Niedziela zatem trwa...

"Jeszcze nie zginąłem!" - John Carter.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • lkt33

    Przypomnę Ci Twoje sławne " wszystko jest po coś". A to już było zaplanowane na 100%. Przedwczoraj tył, dziś front. Na kolana Panie i módl się by nie było poprawki z lewa i prawa :D

  • toja1250

    No nie ,gdyby nie moja wiara w prawdomówność Autora, sądziłabym, że testuje naszą dla niego życzliwość i troskę płynącą z daleka:-))
    Nie chciał badać czaszki p pierwszym faulu to los sam się zatroszczył o TK, zatem jest Ok,pisałam, że pseudonim Twardogłowy będzie pasował:-))

© dzieje ściborowe
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci